amour [reż. michael haneke; austria, francja, niemcy 2012]

HANEKE_2012_Amour_official_poster

Nigdy nie lubiłem filmów Michaela Hanekego (choć „Funny Games” zrobiły na mnie duże wrażenie). Austriak tworzy swe sztuczne, ponure światy, które mają mnie przekonać, że jest źle, a może być jedynie gorzej, że nie ma wyjścia. Nie wiem, może filmy Hanekego są lustrzanym odbiciem Austrii bądź jego traum i trzeba byłoby wyprowadzić się do jego kraju, albo wejść w jego skórę, żeby się nimi zachwycić. No ale to mój problem: niejeden przecież uznaje twórcę „Białej wstążki” (której nie widziałem) za mistrza. W każdym razie i „Pianistka”, i „Ukryte” rozczarowały mnie.

Nie sądzę, bym zdecydował się zobaczyć „Miłość”, gdyby nie obecność w filmie Jeana-Louisa Trintinganta. „Wychowany” na francuskim kinie, mam słabość do tego aktora. Zaimponować może również Emmanuelle Riva. Obecność Isabelle Huppert niczego nie wnosi.

„Miłością”, jeśli dobrze pamiętam, zachwycił się Tadeusz Sobolewski, uznając film za arcydzieło, co mnie nie zdziwiło. Zaskoczyła mnie za to dość prostacka recenzja Piotra Goćka, dziennikarza z innego obozu, który zazwyczaj pisze ciekawie i z sensem (może tylko na temat popkultury). Ja jakoś nie widzę antychrześcijańskiej wymowy filmu. Dziwi mnie taka interpretacja, jeśli zestawimy ją z zakończeniem „Amour”. Przecież film nie kończy się zabójstwem.

Ciekawe, jak wiele filmów czy książek ocenianych jest przez naszych krytyków nie przez pryzmat wartości artystycznej, a idei, które za nimi stoją.

Problem z filmem Hanekego polega na tym, że ani nie daje on nadziei, ani niczego nie uczy. Jest zrobioną przez Wielkiego Reżysera pod festiwal w Cannes wydmuszką, przy której mogą sobie pocmokać znawcy oraz „ambitni” kinomani.

Właściwie jest w „Miłości” jedna scena, która zrobiła na mnie wrażenie. To kłótnia Georgesa (Trintignant) z opiekunką jego żony. Wtedy można odnieść wrażenie, że kiedyś jednak Haneke wyszedł z domu i zobaczył prawdziwe życie.

Reklamy

rocknrolla [reż. guy ritchie; wielka brytania 2008]

untitled

W 2000 roku Guy Ritchie nakręcił niewiarygodnie śmieszny „Snatch”, w którym doskonale wykorzystał mniejsze lub większe talenty m.in. Dennisa Fariny, Jasona Stathama czy Brada Pitta. Po ośmiu latach pojawił się tylko trochę śmieszny film „Rock’N’Rolla”, w którym ten sam reżyser nie najlepiej wykorzystał mniejsze lub większe talenty Toma Hardy’ego, Gerarda Butlera bądź Idrisa Elby. Co więcej, postać grana przez tego ostatniego jest tak nijaka, że biorąc pod uwagę potencjał aktora, podchodzi to pod kryminał.

O tym, że „Rock’N’Rolla” miała być drugim „Snatch”, świadczą nie tylko pokręcony scenariusz i specyficzny montaż, ale także próba powielenia pewnej postaci. Chodzi o Cegłówkę genialnego Alana Forda, jednego z najlepszych skurwieli w historii kina. W „Rock’N’Rolli” ma być nim Lenny Cole, grany przez Toma Wilkinsona. Fajna postać, ale do Cegłówki ma się jak „Rock’N’Rolla” do „Snatch”. Nieszczególnie.

No więc mamy typową dla Ritchiego historię: kilku gości, niekoniecznie ze sobą zaprzyjaźnionych, szuka cennego przedmiotu. Tym raz jest to obraz należący do rosyjskiego miliardera. Gra go bez wdzięku Karl Roden, a twórcy filmu nawet nie udają, że może chodzić o kogoś innego niż Romana Abramowicza, właściciela Chelsea FC.

Na marginesie, dzieło Ritchiego, nie wiedzieć czemu, pozbawione jest pięknych kobiet. Być może wpływ na to miało małżeństwo reżysera. Pewnie po związku z Madonną facet może znienawidzić każdą babę.

Gdy kręcił „Rock’N’Rollę”, Ritchie był jak zespół, który po latach chce powtórzyć sukces debiutanckiego albumu, powielając zawarte na nim patenty. Takie coś chyba nigdy się nie udaje. W sumie trafne porównanie, bo najlepsza w filmie brytyjskiego reżysera jest muzyka.

erratum [reż. marek lechki; polska 2010]

10fuckingstars.wordpress.com

Tacy bohaterowie jak Michał Bogusz (niezły Tomasz Kot), nazywani są złośliwie „snujami”. Rozmemłany facet chodzi i przeżywa ból istnienia. Do pewnego stopnia film Lechkiego przypomina mi wybitne „Oslo, 31 sierpnia”, w którym też raczej nie mieliśmy do czynienia z uśmiechniętym przedstawicielem handlowym, ale to jednak nie ten poziom.

Michał wraca do rodzinnego miasta. Na miejscu spotyka starego kumpla (Tomasz Radawiec), który w przeciwieństwie do niego, wciąż robi to, co lubi, oraz ojca (Ryszard Kotys), z którym ma fatalne relacje. Snując się po mieście, wie, że nie ułożył życia tak, jak powinien.

No cóż, piewcy siły i zdecydowania uznają bohatera za pierdołę. Mnie jednak takie historie przekonują. „You look me in the eye / Then tell me, that I’m satisfied”, jak śpiewali The Replacements. Wolę gościa, któremu nie wyszło, niż właściciela hurtowni.

Szkoda tylko, że sam film też jest nieco rozmemłany – jak jego bohater. Choć trzeba przyznać, że nie jest to tak zwane „kino artystyczne”. Lechki miał pomysł na to, by zainteresować widza, i może dobrze, że owo rozmemłanie jednak bierze górę nad fabułą, bo nietrudno sobie wyobrazić, że ktoś robi z „Erratum” chociażby słaby thriller. Wybaczcie moje rozmemłanie w tym akapicie.

Niespodziewane zakończenie sprawia jednak, że historia zamyka się w sposób, który nie zostawia widza ani z uczuciem niedosytu, ani tym bardziej zażenowania.

Czytałem na dwutygodnik.com recenzję filmu Lechkiego, która nadaje mu wielu znaczeń. Autor uważa „Erratum” za dzieło, zdaje się, głębokie. Ciekawy tekst, choć śmierdzi kulturoznawstwem na kilometr. Według mnie film Lechkiego, choć udany, jest najzwyczajniej w świecie zbyt słaby na to, by dodawać mu wiele interpretacji i znaczeń.

PS Plakat reklamujący film, może rozbawić. „Rewelacyjny”. „Kapitalny”. „Świetny”. Aż chce się dopisać flamastrem: „chujowy”.

the wolf of wall street [reż. martin scorsese; usa 2013]

10fuckingstars.wordpress.com

Dzięki filmom Martina Scorsese i Woody’ego Allena zmarnowałem trochę czasu w życiu. Można go było poświęcić na przygotowania do studiów prawniczych albo czytanie książek o marketingu. „Wściekły byk”, „Taksówkarz”, „Annie Hall”, „Manhattan”… Zabijałbym ludzi, którzy mają cokolwiek złego do powiedzenia na temat tych dzieł.

Byłem tak zakochany w twórczości autora „Po godzinach”, że z miejsca nienawidziłem tych, którzy go krytykowali, a przed pierwszym seansem nowego filmu Mistrza, miałem stres jak przed pierwszą randką. Z czasem emocje opadły. Być może dlatego, że: nowe filmy Scorsese nie miały już tyle energii, co dawne; kino zaczęło mnie trochę mniej fascynować. Pewnie również dlatego, że odkryłem, że seriale mogą być arcydziełami.

Trudno było przypuszczać, że reżyser urodzony w latach 40., który kiedyś wręcz walił cię po gębie zza ekranu, utrzyma energię w swych filmach na zawsze. I faktycznie, choć „Wilk z Wall Street” to wspaniała sprawa, to w fotel nie wbija, nie kipi energią jak stare dzieła Scorsese.

Druga rzecz. Amerykański reżyser kiedyś nie mylił się obsadzając aktorów. Pierwszym zgrzytem był na pewno od urodzenia bezpłciowy Liam Neeson w „Gangach Nowego Jorku”. Tutaj również mamy bezpłciowego Kyle’a Chandlera w roli agenta Denhama.

Nie mylił się na pewn namaszczając Leonardo Di Caprio na swego najważniejszego aktora. 40-latek tworzy autentycznie wybitną kreację. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś lepiej zagrał Jordana Belforta. Inna sprawa, że przy Robercie De Niro czy Jacku Nicholsonie (do którego, mam wrażenie, Di Caprio z wiekiem upodabnia się fizycznie) nasz Leo wypada jak wieczny chłopiec, nie jak facet, który mógłby rozpierdolić wszystko wokół.

Film jest dość przerażający. Pokazuje, jak można omamić miliony czymś, co istnieje tylko w wyobraźni – pieniądzach. Na marginesie, świetnie ten proces opisuje Yuval Noah Harari w „Od zwierząt do bogów”. Tysiące lat gonienia za czymś, co jest wyłącznie w zbiorowej wyobraźni.

„Wilka z Wall Street” ogląda się niemal jednym tchem, choć trwa 3 godziny. Również dlatego, że jest zabawny. Reżyser, mimo wieku, daje nam dynamiczny, ironiczny obraz, który mógłby stworzyć dwudziestoparolatek.

Tak jak pisałem, od jakiegoś czasu filmom Scorsese brakuje owej niesamowitej energii, którą powalały niektóre jego dawniejsze obrazy. Na stare lata amerykański reżyser nie zdecydował się zostać „starym mistrzem”, kręcącym wyciszone, kameralne obrazy. Może i dobrze.

Narzekanie na „Wilka” jest trochę jak ględzenie, że nowa płyta ulubionej kapeli nie dorównuje tej sprzed 20 lat. Inne i tak grają gorzej.

krótko o obejrzanych filmach [5]

10fuckingstars.wordpress.com

my week with marilyn [reż. simon curtis; usa, wielka brytania 2011]

Aż głupio pisać, bo mam ochotę używać słów takich jak „zachwycający” albo „cudowny”.

„Mój tydzień z Marilyn” opowiada historię Colina Clarka (Eddie Redmayne), który jako asystent reżysera, zbliżył się do wielkiej gwiazdy, zapominając przy okazji o uczuciu, jakim darzy młodą dziewczyną, również pracującą w studiu filmowym (Emma Watson z koszmarną fryzurą).

To nie jest wybitny film. Przyjemny, ale nie rzucający na kolana. Cudowne i zachwycające są tu kreacje Michelle Williams (Marilyn Monroe) oraz Kennetha Branagha (Laurence Olivier). Williams mógłbym oglądać nawet w „M jak miłość”. Nie jest pięknością, ale ma w sobie taki wdzięk i naturalność, że człowiek mógłby dla niej opuścić finał Ligi Mistrzów. Czy gra tak zwaną zwykłą dziewczynę w „Wendy i Lucy”, czy MM – jest cudowna.

1
Michelle Williams i Eddie Redmayne

Branagh, którego dawno w niczym nie widziałem, wypada po prostu genialnie jako Laurence Olivier. Trzeba to zobaczyć.

Tak sobie myślę, że uważam „Mój tydzień z Marilyn” za co najwyżej niezły film, a jednak niewiele rzeczy widzianych ostatnio, sprawiło mi tyle przyjemności. Głównie dzięki kreacjom Williams i Branagha.

***

10fuckingstars.wordpress.com

fast times at ridgemont high [reż. amy heckerling; usa 1982]

Sprawdzałem ostatnio, co słychać u Jennifer Jason Leigh. Nie chcę wchodzić w głębokie rozważania na temat upływu czasu, ale ma już 53 lata. Zrozumiałbym 45, ale, kurde, 53?!

1

Oglądając ten głupawy, choć w sumie fajny film, myślałem o remake’u, zrobionym przez braci Cohenów. Nie przypuszczam, żeby Amy Heckerling zamierzała nstworzyć obraz na temat amerykańskiej głupoty, ale twórcy „Fargo” mogliby go odpowiednio przerobić, by takowym był. Przypomnijmy sobie Brada Pitta, genialnego jako głupek w „Tajne przez poufne”. Tutaj, gdyby dodać filmowi i postaci Jeffa Spicolego odpowiedni kontekst, robi za takowego Sean Penn.

No i to w sumie główna atrakcja filmu: późniejsze gwiazdy i gwiazdki Hollywood w rolach gówniarzy. Słabe to w sumie, ale ma swój urok. Zwłaszcza Jennifer Jason Leigh.

Phoebe cates też:

1

***

10fuckingstars.wordpress.com

walk the line [reż. james mangold; niemcy, usa 2005]

Lubię Joaquina Phoenixa, podobnie jak Jake’a Gyllenhaala; obaj zawsze wyglądają jak psychole.

Phoenix dostał oklaski za rolę Casha, ja jednak mam wrażenie, że jeżeli mamy do czynienia z filmem niesztampowym, będącym biografią znanej postaci, to role aktorów pierwszoplanowych łatwiej mi postrzegać jako wybitne. Gdy film bardziej przypomina lekturę szkolną, jest odfajkowaniem życia bohatera bądź jego fragmentu od A do Z, główna rola – jak w tym wypadku – wydaje mi się co najwyżej imponująca. Trzeba przyznać, że Phoenixa, zwłaszcza gdy powtarza ruchy Casha na scenie, ogląda się z przyjemnością, ale wrażenie to umnniejsza fakt, że „Spacer po linie”, chociażby „Wściekłym bykiem” raczej nie jest. Szkoda tylko, że „Walk the Line” przedstawia niebanalną postać w sposób banalny, na zasadzie: „łatwo nie było, ale się podniósł”.

Brawa dla Phoenixa i Reese Whiterspoon, ale najlepsza w „Spacerze po linie” jest i tak muzyka.

No i jest coś zarówno lekko odpychającego, jak i wzbudzającego pewną – nie wiem, jak to nazwać – zazdrość? tęsknotę? – w starej Ameryce. A scena, w której diler zostaje wygoniony przez przyszłych teściów Casha, autentycznie mnie wzruszyła.

***

10fuckingstars.wordpress.com

oldboy [reż. spike lee; usa 2013]

Zastanawiający jest upadek Spike’a Lee. Jeden z najwybitniejszych reżyserów naszych czasów od dawna nie nakręcił niczego godnego uwagi, a remake „Oldboya” Park Chan-wooka jest zawstydzająco słaby.

Po pierwsze – fatalny aktor w roli głównej. Josh Brolin jest zupełnie pozbawiony wdzięku. Ani jako cierpiący ojciec, ani jako superbohater nie daje rady. Najbardziej rzuciła mi się w oczy „klocowatość” Brolina w „Poznasz przystojnego bruneta” Woody’ego Allena. Jedyna rola, w jakiej mógłby się sprawdzić, to przestawianie mebli. No dobra, w „To nie jest kraj dla starych ludzi” wypadł bardzo dobrze. Niech mu będzie.

Po drugie – głupota scenariusza. Facet siedzi 20 lat w zamknięciu i nagle, zaatakowany przez 20 gości, robi z nich miazgę w minutę osiem. Dlaczego? Kiedy uzyskał owe supermoce?

Po trzecie – kicz. Finałowe sceny, w których szwarccharakter (Sharlto Copley) przechadza się z głównym bohaterem, to nie jest nawet kino akcji klasy B. Naprawdę lepiej włączyć stare filmy z Seagalem. Były przynajmniej zabawne.

A Spike’owi Lee trzeba życzyć powrotu do formy. Choć trudno mi uwierzyć, że ją odzyska. Zacietrzewienie ideologiczne chyba temu nie służy.

Uroda Elizabeth Olsen i nazwisko reżysera sprawiły, że nie wyłączyłem filmu przed końcem.

1

oslo, 31. august [reż. joachim trier; norwegia 2011] / en chance til [reż. susanne bier; dania 2014]

10fuckingstars.wordpress.com

Depresja skrada się cicho, siejąc spustoszenie w mojej głowie.

Zrozumienie sztuki to nie jest prosta sprawa. Na przykład „Oslo, 31 sierpnia”. Dużo trzeba, żeby ten film był nudny, pretensjonalny, ckliwy? Raczej nie. A jest wybitny. Joachim Trier stworzył niezwykle subtelny obraz młodego (34 lata to dziś chyba wciąż młodość) faceta przeżywającego ból egzystencjalny, który nie pozwala mu żyć. Dodajmy, że nie mamy do czynienia z filmem programowo dołującym, szantażem emocjonalnym, w którym celuje (albo celował; dawno nie oglądałem jego gówien) chociażby Lars von Trier. „Oslo” jest chwilami obrazem wręcz zabawnym.

Bardzo spodobała mi się scena, w której Anders przysłuchuje się ludziom siedzącym bodaj w knajpie. Przez chwilę oni stają się bohaterami, a to, co mówią, wydaje się niesamowicie banalne (a może juz dla Andersa nieosiągalne?). Po usłyszeniu czegoś takiego głównemu bohaterowi raczej nie wróci chęć życia. Z drugiej strony Trier nie wyśmiewa prostych marzeń, zwykłych ludzi.

Wielkim atutem filmu jest gra Andersa Danielsena Liego. Wystarczy przyjrzeć się scenie przy basenie czy też nad jeziorem. W prosty sposób 32-letni wtedy aktor pokazał to, co dotyka niejednego, a czego życzyć nie wypada najgorszemu wrogowi.

10fuckingstars.wordpress.com

Nieco inaczej buduje swój film Susanne Bier (trzeba przyznać, że pomysł scenarzysty Andersa Thomasa Jensena na zawiązanie fabuły jest doskonały). Też Skandynawia pełną gębą (choć w „Oslo” jest ona nieco „zamazana”); człowiek ma wrażenie, że w tamtych rejonach zwyczajnie nie da się być szczęśliwym. A czemu inaczej? Bo tu mamy dół do imentu, chwilami można odnieść wrażenie, że aż absurdalny. Śmierć dziecka, samobójstwo, ćpuńska melina, alkoholizm policyjnego partnera głównego bohatera… Weselej bywa na pogrzebach.

Nagromadzenie skrajnych emocji i ekstremalnych wydarzeń czyni z „Drugiej szansy” film, paradoksalnie, słabszy od „Oslo” (również główny bohater jest mniej ciekawy niż Anders). Inna sprawa, że Bier daje nadzieję. Trier – nie. Aż podobał się recenzentowi „Gościa Niewdzielnego”.

wymyk [reż. greg zglinski; polska 2011]

10fuckingstars.wordpress.com

Fred (przekonujący Robert Więckiewicz) z jednej strony potrafi ryzykować życiem swoim i pasażera, prowadząc samochód, z drugiej – boi się iść do przodu prowadząc firmę. Jego brat, Jerzy (Łukasz Simlat), sprawia wrażenie ułożonej osoby, ale w biznesie chce się rozwijać. Gdy obaj znajdą się w sytuacji, w której należy wykazać się odwagą, Jerzy zachowa się „jak na mężczyznę przystało”, Fred będzie stał sparaliżowany.

Nie kojarzę filmów, które tak dobitnie pokazują problem zawarty w „Wymyku”. Oczywiście jest wiele obrazów z twardzielami wbiegającymi do płonących wieżowców albo walących po pysku terrorystę, ale siła filmu Glinskiego polega na wręcz brutalnym pokazaniu sytuacji, w której zwykły facet w obliczu zagrożenia ze strony kilku gnoi nie potrafi wykazać się odwagą. (Mamy też, oczywiście, pełno filmów, w których facet staje przed koniecznością stoczenia pojedynku, ale to inna sprawa, niezwiązana z dzisiejszą rzeczywistością).

Potocznie nazywamy to tchórzostwem, choć pewnie dr House powiedziałby, że to zachowanie naturalne, bo zawsze stawiamy na pierwszym miejscu chęć przeżycia i własne bezpieczeństwo. Zresztą późniejsze, desperackie zachowanie targanego poczuciem winy Freda świadczy o tym, że nie jest tchórzem, że paraliż, który go dotknął w chwili, gdy powinien pomóc bratu, niekoniecznie musiałby pojawić się choćby godzinę później.

Przerażające jest to, co stało się Jerzemu, także to, jak Fred nie daje sobie rady z wyrzutami sumienia, ale i presja społeczna wywierana przez społeczeństwo: główny bohater zostaje wręcz mentalnie zlinczowany za swą słabość (również przez rodzinę, w tym żonę (Gabriela Muskała).

Bolesny film, w którym o wiele większe znaczenie ma temat podjęty przez reżysera niż filmowa robota.