au revoir les enfants [1987]

Gdy byłem młody, nałogowo oglądałem francuskie filmy. François Truffaut, trzech Claude’ów: Chabrol, Miller, Sautet, oczywiście Jean-Pierre Melville i Henri-Georges Clouzot. Pamiętam rozczarowujące „400 batów” (które po wielu latach zobaczyłem w kinie i wyszedłem zachwycony), ogólne, trwające do dziś, rozczarowanie kinem Godarda, subtelny i zachwycający obraz „Nelly i pan Arnaud” z piękną Emmanuelle Béart i kapitalnym Michelem Serrault, niepokojącą „Ceremonię”, „W kręgu zła”, które wydało mi się tak genialne, że dziś boję się je włączyć, żeby się nie rozczarować, itd. Yves Montand, Alain Delon, Jeanne Moreau, Simone Signoret, Catherine Deneuve, Brigitte Bardot, Daniel Auteuil… No i chyba najważniejsza dla mnie postać francuskiego kina, Louis Malle.

Malle, czyli gość, który prowokował obyczajowo w „Szmerach w sercu” i w „Ślicznotce” (tu według wielu aż za bardzo), ale potrafił też wkurwiać rodaków choćby takim „Lacombe’em Lucienem”, poruszającym problem kolaboracji Francuzów. Nakręcił również autobiograficzne arcydzieło „Do zobaczenia, chłopcy”.

Chyba z 25 lat czekałem na to, żeby włączyć ponownie Au revoir les enfants. Zapamiętałem ten film jako dość spokojny i może nie lekki, ale zaskakująco mało ciężki – jak by to pokracznie nie zabrzmiało – biorąc pod uwagę poruszany temat. Pamięć płata figle. Choć Malle jest subtelny niczym Sautet, „Do zobaczenia chłopcy” to film wstrząsający. Wstrząsający, mimo że brak w nim emocjonalnego szantażu, stosowanego przez von Triera i paru innych prostaków współczesnego kina.

Nie byłoby arcydzieła, gdyby nie role 12-letniego Gasparda Manesse’a i o rok starszego Raphaela Fejtö. Chciałbym zobaczyć kiedyś film Malle’a na dużym ekranie.

cezary łazarewicz: żeby nie było śladów. sprawa grzegorza przemyka [2016]

Wydawnictwo Czarne

10/10

Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakaś książka wywołała we mnie takie emocje. Nie pamiętam, czy jakakolwiek kiedykolwiek takie wywołała.

Siłą „Żeby nie było śladów” jest to, że choć Łazarewicz nie jest bezstronny (kto tu, kurwa, mógłby być?), to nie gra na uczuciach czytelnika. Nie robi również z Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka, osoby świętej. To bardzo skomplikowana postać, pełna słabości, ale o niewiarygodnej sile. Śledząc jej losy, odczuwa się wręcz fizyczny ból.

Tak samo, jak wtedy, gdy czyta się o Kiszczaku, Urbanie i innych skurwysynach zamieszanych w śmierć 19-latka czy też w ukrywanie prawdy o niej.

Czytasz i trudno uwierzyć w to, jak wielkie było zaangażowanie machiny państwowej w mataczenie w sprawie Grzegorza Przemyka, by ukryć fakt, że zabili go milicjanci.

Oczywiście winni nie zostali ukarani. Ale to chyba żaden spoiler. To tylko drobne niedopatrzenie w „sukcesie transformacji”.

blue velvet [1986]

USA

scenariusz i reżyseria: David Lynch

w rolach głównych: Kyle MacLachlan, Isabella Rossellini, Dennis Hopper

10/10

Czasem sam się nad sobą zastanawiam. Jestem fanatykiem Lyncha, a „Blue Velvet” obejrzałem teraz dopiero po raz drugi w życiu. Żeby było śmiesznie, nie planując tego, dokładnie w 35. rocznicę.

Przemoc, seks, humor, kicz, akcja na granicy snu i jawy – jest tu wszystko, za co kocham tego nałogowego palacza.

No i oczywiście Dennis Hopper jako Frank Booth. Rola życia.

seberg [2019]

USA, Wielka Brytania

scenariusz: Joe Shrapnel, Anna Waterhouse

reżyseria: Benedict Andrews

w rolach głównych: Kristen Stewart, Jack O’Connell

6¾/10

Niezły, choć dość płytki film. Scenarzyści i reżyser opowiadają historię jak leci, nie ma w tym żadnej głębi, szukania motywów i sensu, co nie zawsze musi być wadą, ale w tym przypadku jest.

Rzecz przypomina raczej film telewizyjny niż kinowy. To produkcja Amazona, więc można powiedzieć, że jest czymś pośrodku.

„Seberg” wygląda trochę jak dobrze odrobione zadanie domowe. A szkoda, bo przecież pogmatwana historia aktorki (Stewart) czy agenta FBI (O’Connell) to materiał na świetny film.

Na Stewart mógłbym patrzeć nawet wtedy, gdyby staruszkom wciskała garnki Zeptera. Tu nie dość, że wygląda obłędnie, to na dodatek gra świetnie. Przykuwa uwagę, delikatnie rzecz ujmując.

„Seberg” to rozczarowanie, ale jakieś takie przyjemne.

shaft [1971]

USA

scenariusz: Ernest Tidyman, John D. F.  Black

reżyseria: Gordon Parks

w roli głównej: Richard Roundtree

2/10

Klasyk nurtu „blaxploitation” ze scenariuszem dwóch białasów, z których jeden nazywał się Black.

Znalazłem „Shafta” na liście najlepszych filmów lat 70., choć – biorąc pod uwagę, jakim jest gniotem – mogło chodzić o dzieła najważniejsze, najbardziej wpływowe.

Wiem, że „blaxploitation” cechuje niskobudżetowość, ale film Parksa robi wrażenie półamatorskiej, niezamierzonej parodii, na dodatek fatalnie zagranej, mającej idiotyczny scenariusz i – grzech niewybaczalny – potwornie nudnej.

Broni się tylko muzyka, choć pewnie fani kiepskiego kina będą się bawić świetnie.

czekając na sobotę [2010]

Polska

scenariusz i reżyseria: Irena i Jerzy Morawscy

5/10

Dziwić może, że ta produkcja trafiła do działu „filmy dokumentalne” HBO OD, skoro bardziej niż film przypomina reportaż. Prędzej bym wrzucił „Czekając na sobotę” do programów typu „Uwaga”.

Trzeba jednak przyznać, że ogląda się to z zainteresowaniem i trochę z przerażeniem. Wieś niedaleko Warszawy, a na niej bezrobocie, bieda, alkoholizm, przemoc. Klęska wypisana na twarzach.

Galeria postaci może dać do myślenia nawet największym piewcom „sukcesu gospodarczego”. 48-letnia kobieta, matka jedenaściorga dzieci, opowiada, że to, iż jej mąż stracił nogę, to szczęściu w nieszczęściu, bowiem dzięki nieszczęśliwemu wypadkowi mają sześć stów renty.

Dziewczyna, która osiągnęła swój cel, bowiem jest tancerką erotyczną. W domu bije ją mąż, na scenie szmaciarskiego klubu obmacują najebani goście. Jedną z atrakcji jest walka z nimi w… oleju.

Największe wrażenie robi może chłopak, po którym widać, że w lepszych warunkach miałby szansę na tzw. normalne życie. Potem patrzysz na gęby tych wszystkich chłopów ze wsi i wiadomo, że młody ma przejebane.

Niewątpliwie hitem filmu są napruci kolesie opowiadający o tym, że raka można kontrolować… piciem wódki. Szklanka rano, druga na obiad, trzecia wieczorem i skurwysyn w ten sposób jest sprowadzany do parteru. Dramat.

A wszystkim rządzi wszechogarniająca nuda (choć jak powiedział jeden z bohaterów: „Nie nudzę się aż tak, żeby czytać książki”). Dlatego każdy czeka na sobotę i dyskotekę w klubie „Nokaut”. Gdyby nie „Nokaut”, w Trawnikach nie byłoby naprawdę niczego.

Inna sprawa, że trudno uwierzyć w całkowitą autentyczność „Czekając na sobotę”. Owa tancerka opowiadająca na potrzeby filmu, że ukrywa profesję przed swym mężem sadystą? Nawet jeśli jakimś cudem udawałaby się jej to robić na co dzień (choć jej występy nagrywane są telefonem przez widzów), to po emisji filmu, już chyba raczej nie.  

https://ebd.cda.pl/620×368/1872521fa

hannah and her sisters [1986]

USA

scenariusz i reżyseria: Woody Allen

w rolach głównych: Michael Cain, Woody Allen, Mia Farrow, Dianne Wiest, Barbara Hershey

polski tytuł: „Hanna i jej siostry”

10/10

Gdy ma cudowna żona zaproponowała seans „Hannah i jej sióstr”, pomyślałem: „Kurde, widziałem to sto razy”. No, ale przecież nie odmówię, więc włączyliśmy dzieło Allena. I muszę powiedzieć, że podobało mi się tak, jak nigdy. To wielki film

Przede wszystkim wspaniale pokazana jest pułapka, w którą wpadł Elliot (Caine). Nieco drętwa, lecz kochająca i zapewniająca spokój żona czy młoda, atrakcyjna kochanka? To nie jest nic odkrywczego – każdy przecież wie, że łatwiej zachwycić się tym, czego się nie zna, niż docenić to, co masz na co dzień, i że zakochujesz się w złudzeniu, wyimaginowanym ideale, nie w prawdziwej osobie – ale Allen przedstawił to wspaniale.

W „Hannah” jest tyle doskonałych motywów, że aż trudno – gdy teraz o nich myślę – uwierzyć mi, iż film ten trwa zaledwie 105 minut. Znajdziemy tu również, oczywiście, mnóstwo genialnego humoru. Allen jako hipochondryk Mickey to mistrzostwo świata. Kapitalny jest również Max von Sydow, który wcielił się w wiecznie zrzędzącego malarza intelektualistę.

Do tego doskonała Dianne Wiest, wielka rola Mii Farrow (to jej zdziwienie, że nie wystarcza Elliotowi…) i wiele, wiele innych rzeczy (muzyka!), które sprawiają, że choć „Annie Hall” pozostanie na zawsze moim ulubionym filmem Allena, to „Hannah i jej siostry” uznaję być może za jego najlepszy obraz.

raymond chandler: the long good-bye [1953]

Tylko „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski przeczytałem więcej razy. Kocham Chandlera i Phila Marlowe’a i wracam do nich po latach.

„Długie pożegnanie” (tłum. Krzysztof Klinger; C&T; 2017)

10/10

Wpatrywałem się w nią. Złapała mnie na tym. Po czym nieznacznie przeniosła wzrok i już było tak, jakbym w ogóle nie istniał. Ale istniałem, tyle tylko, że zupełnie mnie zatkało.

Jest dużo rodzajów blondynek i dziś to określenie jest prawie żartem. Wszystkie mają swoje zalety, może z wyjątkiem tych metalicznych, które są blondynkami w tym samym stopniu, co Zulus z utlenionymi włosami i mają tak łagodne usposobienie jak buldog ciągnięty za ogon. Mamy też na przykład tę małą rozkoszną blondynkę, która paple i szczebioce, oraz tę wielką, postawną blondynkę, która trzyma cię na odległość ramienia lodowatym spojrzeniem niebieskich oczu. Jest także ta blondynka, która rzuca ci spojrzenie jakby z głębin oceanu, ślicznie pachnie, coś tam nadaje uwieszona u twego ramienia i jest zawsze bardzo, ale to bardzo zmęczona, kiedy ją odwozisz do domu. Bezradnie rozkłada ręce, że niby ma taki okropny ból głowy, a ty byś jej chętnie przyłożył, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy jesteś zadowolony, iż dowiedziałeś się o tym bólu głowy, nim zdążyłeś zainwestować w nią niepotrzebnie dużo czasu, pieniędzy i nadziei. Bo ten ból głowy będzie zawsze na podorędziu, jak niezniszczalna broń, a przy tym tak skuteczna jak rapier kondotiera czy flaszeczka z trucizną Lukrecji Borgii.

Jest jeszcze ta miękka, chętna, alkoholiczna blondynka, której wszystko jedno, w co się ubiera, pod warunkiem, że są to norki, i dokąd idzie, o ile to jest „Starlight Roof” i zamówiłeś dużo wytrawnego szampana. Jest i ta mała blondynka z zadartym noskiem, trochę blada, która chce płacić za siebie, jest pełna pogody i zdrowego rozsądku oraz ma znakomicie opanowane judo i może przerzucić ponad barkiem kierowcę ciężarówki, nie gubiąc przy tym ani jednego zdania ze wstępniaka w „Saturday Review”. Jest też ta blada, bardzo blada blondynka z nieuleczalną, ale nie śmiertelną anemią. Wygląda jak gałązka wikliny, mówi ledwie dosłyszalnym głosem i człowiek nie dotknie jej nawet palcem, bo po pierwsze, nie ma na to ochoty, a po drugie, bo jest zajęta czytaniem „Ziemi jałowej” albo Dantego w oryginale, bądź Kafki czy Kierkegaarda; ewentualnie może studiować prowansalski. Uwielbia przy tym muzykę i kiedy Nowojorska Orkiestra Filharmoniczna gra Hindemitha, może ci powiedzieć, które z sześciu drugich skrzypiec spóźniają się o ćwierć taktu. Mówią, że Toscanini też to potrafił. Jest więc ich dwoje.

No i wreszcie jest ta cudowna, reprezentacyjna blondynka, która przetrzyma trzech królów podziemia, a następnie wyjdzie za mąż za paru milionerów – po milionie od łebka – by w końcu wylądować z jasnoróżową willą w Cap d’Antibes, Alfa-Romeo z dwoma szoferami oraz stajnią nieco przechodzonych arystokratów, których traktuje przyjacielsko, ale z roztargnieniem, przypominając w tym podstarzałego księcia mówiącego dobranoc do swego lokaja.

Ale zjawisko po drugiej stronie sali nie pasowało do żadnej z tych kategorii, nie należało nawet do tego świata pojęć. Nie poddawało się w ogóle żadnej klasyfikacji i było tak własne i czyste jak woda w górskim potoku i tak wymykające się określeniu jak kolor tej wody.

kiss of death [1995]

USA

scenariusz: Richard Price

reżyseria: Barbet Schroeder

w rolach głównych: David Caruso, Nicolas Cage

polski tytuł: „Pocałunek śmierci”

5.5/10

Klimat lat 90, w obsadzie Nicolas Cage, Morgan Freeman, Helen Hunt, Stanley Tucci (zawsze myślałem, że to kawał chłopa, a to może nie kurdupel, ale „mężczyzna średniego wzrostu” – tak to nazwijmy), Philip Baker Hall, a ciekawszy od filmu Schroedera okazał się wpis na Wikipedii dotyczący Davida Caruso.

„Kiss of Death” trwa 1 godz. 41 min. z napisami, a kilka razy niemal zacząłem się modlić, żeby już się skończył. Zaczyna się to dobrze, ale potem ratuje widza już tylko Cage, biorący na niewąskie barki to filmidło. Może podobać się również Caruso. Poza tym trudno się w „Pocałunku śmierci” doszukać plusów, zwłaszcza że nie pomaga scenariusz tego dzieła. Chyba że owym plusem będzie wspomniany wyżej niedługi czas trwania.

Świetny plakat.

Warto zobaczyć co było dalej. (: